"Niewidomy człowiek otworzył mi oczy"

Piotr Pogon, który wraz z Łukaszem Żelechowskim i Arkadiuszem Mytko zdobyli niedawno najwyższy szczyt Andów - Aconcaguę (6962 m), podkreślił na środowej konferencji prasowej w Warszawie, że Łukasz, niewidomy człowiek, otworzył mu jeszcze bardziej oczy na życie.

ALPINIZM NIEPEŁNOSPRAWNI ZOBYWCY ACONCAGUA

Żelechowski - nauczyciel informatyki w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Krakowie, dziennikarz, Pogon - także mieszkający pod Wawelem, konsultant organizacji pozarządowych, maratończyk, wieloletni pacjent Instytutu Onkologii, m.in. po resekcji płuca oraz Arkadiusz Mytko z Katowic - tłumacz, podróżnik ekstremalny, po trwającej blisko 17 godzin nocnej akcjigórskiej, stanęli 29 stycznia na najwyższym szczycie Ameryki Południowej.

"Z górami związany jestem od dziecka. Od razu się z nimi zaprzyjaźniłem, mimo że są groźne, niebezpieczne. Ale są znakomitym wychowawcą. Jak mało kto, uczą pokory, szacunku i miłości do drugiego człowieka, uszlachetniają. Mogą też być asumptem przyjaźni" - zaznaczył 30-letni Żelechowski, pierwszy na świecie niewidomy, który zdobył najwyższy szczyt Kaukazu - Elbrus (5642 m).

 

Wspomniał, że trzy lata temu właśnie góry połączyły go z Piotrem Pogonem, a droga na Kilimandżaro (5895 m) była początkiem ich przyjaźni. Dziś razem trenują, razem realizują marzenia. Do swoich słabości mają dystans, pokazują, że niepełnosprawność nie musi przeszkadzać w osiąganiu celu.

Łukasz Żelechowski i Piotr Pogon bez żadnej aklimatyzacji wspięli się na wysokość 6962 m - najwyższy szczyt Ameryki Południowej, należący do tzw. Korony Ziemi. "Zwykle zespoły wspinaczkowe aklimatyzują się na większej wysokości 4-5 tygodni. My nie mieśmy na to czasu ani pieniędzy. Atakowaliśmy szczyt po zaledwie kilkudniowym pobycie w głównej bazie na wysokości 4300 m n.p.m." - powiedział PAP Piotr Pogon.

Polacy zdobyli Aconcagua 29 stycznia po ponad 17-godzinnej nocnej akcji górskiej. Główny atak na szczyt nastąpił z wysokości 5600 m, na której nawet wytrenowany organizm nie jest w stanie odpoczywać. Ostatnie 300 m wspinaczki było najtrudniejsze.

"Byliśmy już skrajnie wyczerpani, a musieliśmy stąpać po bardzo niestabilnym gruncie" - opowiadał Żelechowski. - Chcieliśmy nawet zrezygnować, by ponowić później atak". Niepełnosprawni wspinacze uznali jednak, że jeśli nie wejdą na szczyt teraz, to następnej nocy już nie dadzą rady. Pogon przyznał, że zachował jedynie "strzępy" świadomości; bez pomocy kolegów, m.in. Arkadiusza Mytko, nie byłby w stanie wejść na szczyt ani z niego bezpiecznie zejść i przetrwać najbliższą noc.

Aby bezpiecznie znaleźć schronienie na wysokości 6000 m, obaj śmiałkowie potrzebowali jeszcze 12 godzin. Byli wtedy tak zmęczeni, że Żelechowski nie pamięta niektórych etapów zejścia. Na dodatek doszło u niego do hipotermii. "Po powrocie z gór byłem tak wyziębiony, że siedziałem w kurtce puchowej drżąc z zimna przy temperaturze powietrza 30 st. C." - mówił. Piotr Pogon doznał odmrożeń lewej stopy, Żelechowski miał dotkliwie poparzone od silnego słońca ręce. Ale jest dumny. "Góry to moja pasja. Nie zamierzam rezygnować z dalszej wspinaczki ekstremalnej" - dodał.

"To jest kolejny życiowy cud, bo niewidomy przyjaciel otworzył mi jeszcze bardziej oczy na życie, które nas otacza. Każdego dnia jesteśmy zabiegani, pędzimy przed siebie na oślep, nie widząc ludzi w potrzebie, nie widząc piękna przyrody, nie czując, że drzewa tętnią życiem. Łukasz często powiada: ja widzę ... A my naszymi oczami nie widzimy tego, co on. Albo jak obejmuje korę i wsłuchuje się, jak szumi drzewo" - powiedział Pogon.

Od blisko 30 lat zmaga się z choroba nowotworową. Były przerzuty, usunięcie płuca, ale - jak podkreślił - ma też normalne, intensywne życie, zaś odpoczywa – zdobywając szczyty. Uważa, że każdy może mieć swoje Kilimandżaro czy Aconcaguę, ale też swoje Tatry lub Bieszczady.

"Kiedy w 1983 roku usłyszałem od lekarzy diagnozę, runął mój świat. Połowa rodziny spisała mnie na straty, inni dawali na mszę. Po tym +wybuchu+ odgruzowałem mój świat i dziś, razem z Łukaszem dowcipkujemy ze swych ułomności - ja, zwany czajnikiem, świstakiem, on - Jurandem" - mówił na konferencji 43-letni Pogon.

Zaznaczył, że bez ludzi dobrej woli nie wszystkie cele da się zrealizować. "My mieliśmy to szczęście, że natrafiliśmy na wyjątkowego człowieka, który zdecydował o tej wyjątkowej wyprawie. To Węgier Laszlo Nemes, prezes na Polskę koncernu farmaceutycznego (Gedeon Richter - PAP). Jako kolekcjonerowi podarujemy mu węgierski krzyż z lat dwudziestych, który wypatrzyliśmy na targu staroci" - dodał Pogon, który podczas wyprawy w Andy doznał odmrożeń lewej stopy. Natomiast Żelechowski ma dotkliwie poparzone dłonie w wyniku ekspozycji słonecznej.

Łukasz Żelechowski jest pierwszym na świecie niewidomym, który zdobył najwyższy szczyt na Kaukazie - Elbrus. Pokonał także Kilimandżaro. Od wyprawy w Andy jest też pierwszym niewidomym Polakiem, który zdobył najwyższy szczyt Andów. W 2007 r. Aconcagua próbował pokonać Paweł Urbański, niewidomy informatyk z Gdańska, ale dotarł tylko do wysokości 5600 m n.p.m.

Piotr Pogon, konsultant organizacji pozarządowych (był m.in. rzecznikiem Fundacji Anny Dymnej "Mimo Wszystko"), zdobył już Kilimandżaro, Elbrus i Mt. Kenya. Od wielu lat walczy też z rakiem. Gdy miał 16 lat, wykryto u niego guz krtani. Przeszedł operację, chemioterapię i radioterapię. Kiedy wydawało się, że pokonał chorobę, doszło do przerzutu raka do lewego płuca. Poddał się kolejnej operacji. Ale choroba o nim nie zapomniała. "Mam nowe ognisko raka, mimo to nie poddaję się. Chcę nachłeptać się życia ile tylko będę mógł" - powiedział PAP.

(Źródło: PAP)